Porywająca lekcja o okrucieństwie, czyli z wizytą w Szkole błaznów

Szkoła błaznów powraca tej wiosny na deski Teatru Polskiego. Sztuka, luźnie opierająca się na dramacie belgijskiego twórcy awangardowego Michela de Ghelderodea pod tym samym tytułem, została zaprezentowana przez Wrocławski Teatr Pantomimy.

Luźna, uwspółcześniona adaptacja to właściwe określenie na to, co zobaczyła publiczność na Scenie na Świebodzkim. Zamysł reżysera, Zbigniewa Szymczyka, daleki był od oryginału; można powiedzieć, że inspiracją do powstania spektaklu, bardziej niż dzieło Belga, było samo życie, obfitujące w karykaturalne sytuacje i akty przemocy doświadczane czy to na własne oczy, czy przekazywane przez mass media. Tematyka przewijająca się przez cały spektakl objęła śmierć i okrucieństwo, jednak na pierwszy plan wychodziły często groteskowe przerysowania i czarny humor. Serię luźno powiązanych ze sobą scen wypełniły elementy pantomimy, tańca i porywająco przekształcone w ruchy sceniczne zamysły reżysera. 

Fot. 1 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)Fot. 1 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)
Jedna z pierwszych scen, zawierająca wyświetlone na ekranie zdjęcie wisielca, szybko odchodzi w niepamięć, a przed widzem staje przesiąkający absurdem obraz społeczeństwa w trywialnej, beztroskiej sytuacji, jaką jest zażywanie kąpieli słonecznej. Scena ta wywarła na mnie ogromne wrażenie ze względu na estetykę zbliżoną miejscami do obrazów Edwarda Hoppera czy Georgesa Seurata, stanowiła jednak przede wszystkim wnikliwą analizę zbłaźnionej populacji, która nie zdaje sobie sprawy ze śmieszności swoich poczynań.

Błaźni w XXI wieku

Na początku spektaklu wkraczamy do XXI wieku – czasów, w których ludzkość znieczulona jest na cierpienie innych i skoncentrowana na swoich prywatnych potrzebach. Reżyser stawia pytanie towarzyszące ludziom od zarania wieków – dlaczego na świecie istnieje zło i skąd się ono wzięło. Czy przemoc, śmierć, ostracyzm społeczny, już spowszedniały, skoro przechodzimy od nich machinalnie do codziennych czynności? Szymczyk wychodzi z założenia, że okrucieństwo pojawia się już w dzieciństwie z pozornie niewinnych, jednak mających przełożenie na zachowanie dorastającego dziecka, prostych gier: skakania na skakance, gry w łapki czy zabawy w „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Gra, która zaczyna się w spontaniczny, przyjazny sposób, zawsze kończy się tragicznie – ktoś zostaje wyśmiany, odsunięty od grupy, wreszcie ginie z rąk swoich dawnych kolegów.

Fot. 2 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)Fot. 2 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)
W trakcie spektaklu widza nachodzi refleksja, że szkołą błaznów jest samo życie. W sztuce Szymczyka Szkołę błaznów przedstawia się jednak dosłownie: pusta scena wypełnia się krzesłami, a wszyscy błaźni po kolei zajmują swoje miejsca. Błaźni, którzy poprzez swą ułomność zyskują przyzwolenie na swoje wybryki, posuwają się do coraz odważniejszych aktów agresji. Początkowo dają oni sobą sterować, tańcząc tak, jak im się zagra (dosłownie), potem jednak buntują się przeciw tyranicznemu oprawcy, czego apogeum następuje w jednej z ostatnich scen.

Brak korelacji między płcią biologiczną i kulturową

Szkoła błaznów ujawnia wpływ zła na relacje międzyludzkie oraz przedstawia zależność między jednostką a systemem totalitarnym; Szymczyk podkreślał jednak wielokrotnie w wywiadach również inny istotny aspekt poruszany w jego sztuce – ironię, czy też bezwzględność losu, jaką jest brak korelacji między płcią biologiczną i kulturową, temat zwłaszcza teraz często poruszany przez środki masowego przekazu. Pojawienie się Szaleja, ekscentrycznego, ucharakteryzowanego na chaplinowskiego bohatera mistrza błaznów (w tej roli znakomita Anna Nabiałkowska), staje się punktem wyjścia do rozważań na temat nieustannego poszukiwania własnej tożsamości. Kobieta, zamknięta w stroju mężczyzny, walczy ze sobą, miota się po scenie, policzkuje się, byle tylko odnaleźć się we własnym ciele i pogodzić się z samą sobą.

Fot. 3 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)Fot. 3 Szkoła Błaznów, reż. Z. Szymczyk (zdj. M Matuszak)
Spektakl ujawnia historię okrucieństwa i ironii losu, która ma swój początek już w edeńskim ogrodzie. Symboliczna scena, w której Adam i Ewa narodzą się, powoli wdzieją strój i zaczną swoją ziemską podróż, jest jedną z najpiękniejszych w całej sztuce. Enigmatyczna muzyka oraz delikatnie zamazane sylwetki aktorów na ekranie, wprowadzają widzów do onirycznego, paralelnego świata, dając poczucie, że są świadkami czegoś ważnego i nie do końca zrozumiałego, czegoś, co za chwilę się zdarzy. I istotnie, kobieta założy męski garnitur, mężczyzna przywdzieje eteryczną sukienkę, i oboje rozpoczną marsz, inicjując tym samym początek ludzkiego nieszczęścia.

Równoległe światy

Przepełnione poetyzmem sceny ukazane są z dwóch perspektyw – pierwsza to aktorzy poruszający się płynnymi ruchami po deskach teatru; druga to ujęcie mimów z góry ukazane na dużym ekranie. Pomysłowość reżysera nie raz zadziwia i wzbudza podziw. Szymczyk jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych reżyserów. W jego spektaklach da się wyczuć jego charakterystyczny styl – zamiłowanie do zabawy perspektywą czy wykorzystanie na wskroś funkcji banalnego przedmiotu w niebanalny sposób (od razu przypomina się kuriozalna scena rodem z cyrku – misja ustawienia w rzędzie trzech krzeseł, której błazen nie jest w stanie podołać).

Nie sposób nie pochwalić wszystkich aktorów, którzy, chociaż grają w scenach zbiorowych, dają popis swoich indywidualnych umiejętności. Miejscami wydaje się, że wcielający się w rolę błaznów mimowie potrafią lepiej oddać charakter granej postaci poprzez gesty i mimikę niż za pomocą słów. Artyści, nie będąc przytłoczeni w żaden sposób przez oszczędną scenografię, wypełniają sobą całą scenę, wprowadzając na nią dynamiczną, acz uporządkowaną, akcję i pełne precyzji ruchy. Na brawa zasługuje również idealnie dobrana przez Jacka Wierzchowskiego muzyka, budująca momentami napięcie, czasem potęgująca wymiar absurdalnej sytuacji, oraz przemyślane, dozowane w idealny sposób, wizualizacje. Wrocławski Teatr Pantomimy zaoferował licznie zebranej publiczności piękny, przemyślany spektakl. Po prostu – pantomima pełną gębą!

Marta Racka