Sztuka 3w1 - rozmowa z Krzysztofem Wałaszkiem

Krzysztof Wałaszek urodził się w 1960 w Tarnowie, jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, gdzie obecnie pracuje jako wykładowca i prowadzi zajęcia z rysunku.

Fot. 1 Krzysztof Wałaszek Fot. 1 Krzysztof Wałaszek
Bardzo często krytykuje Pan współczesny świat w swojej sztuce.

W jakiś sposób staram się to robić bardziej ironicznie niż na serio, bo trzeba zachować dystans do tego wszystkiego. Tak jak każdy malarz wie, że musi się wystrzegać rutyny. Rutyna to coś, co zabije każdego człowieka, który się zajmuje sztuką. Pożerać własny ogon to jest coś strasznego. Zawsze trzeba być, w jakiś sposób krytycznie nastawionym do swoich działań i mieć do tego, co się robi stosunek… podejrzany.

Najnowsza wystawa w BWA porusza aspekty autotematyczne. Jak ocenia Pan sytuację artysty w XX wieku. Czy coś się zmieniło poprzez lata 80. 90.?

Tytuł wystawy wiąże się po części z zestawem prac: podświetlanych ceramicznych kinkietów. To są takie rzeczy trzy w jednym, jeśli trzymać się języka reklamy. Trzy w jednym to jest teraz minimum, teraz są cztery, pięć w jednym - to się teraz dobrze sprzedaje. Trzy w jednym to jest teraz troszeczkę passe. W tych kinkietach była taka idea, że z jednej strony to jest taka lampka, kinkiet, którym można sobie doświetlić ciemny kąt w domu – praktyczna sprawa. Dwa – dokumentacja mojej działalności, pewnego rodzaju dossier. Trzy – że to praca, obiekt. Czyli trzy w jednym. Pod każdym z tych kinkietów jest mniejszy z informacją tekstową, jak w muzeach - tytuł, autor, technika i data. W miejscu daty zawsze używałem takiego skrótu – II połowa XX wieku i miejsce, np. Dolny Śląsk, żeby to miało taki charakter muzealny - był tam jakiś artysta, nie można dokładnie doprecyzować, w jakich konkretnie latach. Podpis, jaki często bywa w muzeach. Do tego po części nawiązuje tytuł wystawy: Życie artysty w II połowie XX wieku. Wcześniej było inaczej - była praca, a potem instytucje oraz cenzor, który przychodził i kontrolował wystawę. Mógł ją w każdym momencie zamknąć. Teraz oczywiście też jest cenzura, ale działa w zupełnie inny sposób.

Fot. 2 K. Wałaszek - "Każda zbrodnia zostawia ślad", obraz z 2009 rokuFot. 2 K. Wałaszek - "Każda zbrodnia zostawia ślad", obraz z 2009 roku
Jeden z Pana obrazów również ocenzurowano. Przedstawiał orła, będącego cytatem z polskiego godła, z podpisem „orzeł może zabić”.


Tak, w 2001 roku, z powodu tej dość niewinnej pracy, zamknięto wystawę Fun Gun, która odbywała się we wrocławskim Arsenale. Następnego dnia po otwarciu dowiedziałem się, że wystawa została zamknięta, a nasze prace leżą rzucone jedne na drugich, jak przysłowiowe ziemniaki. Kierownictwo Arsenału podjęło decyzję, że orzeł i ten podpis są nieodpowiednie. „Orzeł może zabić” – przecież orzeł to drapieżnik, żyje z zabijania. Wiele państw ma drapieżne zwierzęta w swoich godłach - orły, lwy, itp. Miało to symbolizować siłę. W Polsce mógłby to być bocian, bo przecież pasowałyby kolory, czy też muchomor, który stanowiłby dobry komentarz do wielu sytuacji. Potem jeszcze miałem prace z Jezusem gorejącym, było to w galerii Manhattan w Łodzi, którą również ocenzurowano. Wystawa nazywała się Obrazy, które leczą.

Czy jest artysta, którym Pan się szczególnie inspiruje?

Nie mam jednej ulubionej osoby. Bardziej ulubione obrazy, czy nawet tylko ich fragmenty. To się układa w różnych przestrzeniach czasowych i różnych stylistykach. Dla mnie czystą inspiracją czy takim bodźcem do działania, bo ja nie działam systematycznie, tylko mam takie jak to Czesi mówią „napady”, jest codzienność. Jeśli się posługuję tekstem, to czerpię z prasy, mediów - coś mi wpadnie do ucha i połączy się z czymś innym i nagle, przypadkowo buduje się ciekawy kontekst. Ta praca z Łodzi, o której mówiłem, powstała w taki właśnie sposób. Wszedłem do hipermarketu, główny pas w hipermarkecie nazywany jest przez „zawodowców” pasem startowym. To tam ustawiają najlepsze promocje. Gdzieś tam z tyłu pieką pieczywo, żeby było je czuć. Zapachy tak działają, że robimy się głodni i więcej kupujemy. To był okres komunii i zauważyłem w tym hipermarkecie obrazek, formatu mniejszego niż A4, przedstawiający Jezusa z gorejącym sercem. Taki strasznie kiczowaty blondyn z niebieskimi oczami. Był na przecenie, więc go kupiłem. W moim koszyku była z kolei ulotka z reklamą biura turystycznego, przedstawiająca młodego mężczyznę i kobietę z podpisem „taniej już nie będzie”. Z tego zrobiłem jedną pracę - do Jezusa dodałem ten podpis. Powiększyłem to i wydrukowałem.

Fot. 3 K. Wałaszek "Pamiętnik  - Miesiąc z mojego życia" Fot. 3 K. Wałaszek "Pamiętnik - Miesiąc z mojego życia"
Jedna z Pana prac pokazywanych niedawno w BWA we Wrocławiu nawiązuje do twórczości Romana Opałki.


Ta praca ma z jednej strony odniesienie do nurtu konceptualnego, który reprezentuje nie tylko Opałka. Ja bardzo cenię Romana Opałkę. Rejestrowanie, w pewien sposób, przemijania - to jest bardzo ciekawe. Z drugiej strony, Grupa Azorro zrobiła taką prace - Do ilu doliczył Opałka, ale ta praca to była taka moja wewnętrzna potrzeba. Z trzeciej strony to było też pewne uzasadnienie pedagogicznych działań. Studentom mówi się, że malować trzeba codziennie, że malarstwo wymaga czasu. Jak się tak komuś mówi, to trzeba tego jednocześnie wymagać od siebie, więc nie mogłem inaczej działać :). Tutaj znowu są takie trzy składniki - znowu takie trzy w jednym.

Jak wyglądało tworzenie tych obrazów?

Namalowanie obrazów z uśmieszkami trwało jakieś trzy miesiące. To wygląda tak, że przygotowuje się pewne elementy, jest pewien pomysł i jest pewien gest. Gest – tzn. że nigdy się nie poprawia i trzeba się tak troszeczkę skoncentrować, bo to jest takie napięcie, jak podczas gry na jakimś instrumencie strunowym. To jest związane z doświadczeniem czysto malarskim. Sam sposób rozcierania farby nie jest obojętny i to jak ona się układa, to może być nawet uzależniające. To wręcz fizyczna przyjemność.
Te uśmieszki związane są też z pracą, która była prezentowana we Wrocławiu na wystawie Odczarowywanie. Do tej pracy była jeszcze jedna, na której było po niemiecku napisane: „Polacy nie muszą się już bać”. To było hasło wyborcze pewnej prawicowej partii berlińskiej. To po części ukazuje nasze lęki w Polsce. Gdy spojrzymy zarówno na wschód, czy na zachód, zawsze jest coś niebezpiecznego. Albo nas straszą, albo my straszymy. Zawsze jakieś lęki.

Pana sztuka ma wiele poziomów interpretacji.

Właściwie „im więcej, tym lepiej”- że zacytuję Duchampa. On tak twierdził: Im więcej, tym lepiej. Taki uśmieszek może przemówić do różnych odbiorców - jako prosty „keep smiling”, albo jako element pewnego kodu czy sytemu. To w sumie jest taki uniwersalny język i nie ważne czy ktoś jest Niemcem, Polakiem czy kimkolwiek innym, ale jeśli będzie zainteresowany to zrozumie. To taka uniwersalna sytuacja.

Rozmowę z artystą przeprowadziła Iga Farnholz